2015-06-13

Zgrupowanie Polowej Drużyny Sokoła

3 czerwca roku 2015 wyjechaliśmy na kilkudniowe zgrupowanie Polowej Drużyny Sokolej, odbywające się w pobliżu Ostrowa Lubelskiego. 3.06.2015 Zbiórka przed budynkiem Biskupiaka została ustalona na 17:45. Niestety, z powodu opóźnienia niezależnego od naszych zamysłów, wyruszyliśmy ok. pół godziny później. Droga do Ostrowa przebiegła bez większych zakłóceń. W wyżej wspomnianej czarownej miejscowości spotkaliśmy się z resztą uczestników wyjazdu. Wkrótce pojechaliśmy na miejsce obozowania, gdzie po długich zmaganiach udało się nam rozstawić namioty (najgorsze są elastyczne kije stanowiące rusztowanie). Po zapowiedzi dotyczącej działań następnego dnia, udaliśmy się na spoczynek.

4.06.2015
Tak, to dzień Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, choć wolimy nazwę Boże Ciało. Jako jednostka chrześcijańska i dająca przykład młodzieży, udaliśmy się do kościoła na Mszę, i oczywiście procesję. Pochód trwał ponad godzinę, w pełnym słońcu, a my byliśmy ubrani w dość grube mundury, w związku z czym, część z nas odczuła dyskomfort termiczny. Resztę dnia spędziliśmy ucząc się przydatnych rzeczy, tj. głównie musztry i taktyki poruszania się i walki w terenie zadrzewionym. Poza tym odbyły się testy sprawdzające wiedzę z zakresu wojskowości i historii TG Sokół, których zaliczenie było niezbędne do złożenia przysięgi. Po zakończeniu zajęć mieliśmy czas na odpoczynek i lekkie odświeżenie się, po czym pomaszerowaliśmy pod pomnik w pobliżu, gdzie odbyła się przysięga i awans niektórych z nas (z wrodzonej skromności i tajemniczości nie podaję nazwisk). Gdy wróciliśmy, mieliśmy wolny czas na odświeżenie się (tym razem gruntowne i dogłębne), zjedzenie czegoś, posiedzenie przy ognisku, wypicie herbaty i ogólny odpoczynek. Musieliśmy jednak położyć się spać wcześniej, bo następnego dnia mieliśmy wstać o szóstej.
5.06.2015
Po wczesnej pobudce i śniadaniu pobraliśmy repliki broni palnej bojowej, zebraliśmy się na drodze i po czynnościach organizacyjnych wyruszyliśmy na piętnastokilometrowy marsz. Mieliśmy wtedy okazję wykorzystać w praktyce nabyte umiejętności. Wszyscy uczestnicy, z wyjątkiem dwóch żółtodziobów z mózgami wytrawionymi przez ASG, dobrze się sprawowali, przez co marsz nie był uciążliwy. Naszym celem było dotarcie na miejsce, rozbicie obozowisk, krótki (wstaliśmy o trzeciej) odpoczynek i z samego ranka zabezpieczenie łąk stanowiących lądowiska dla helikopterów. Po drodze było wiele „atrakcji”, jak przechodzenie po pniu brzozy nad rzeką, postój nad jeziorem, gdzie pogryzły nas liczne gatunki owadów lub przechodzenie przez pole wysokiej na metr pokrzywy. Były też ciekawe przygody, jak na przykład przejazd na linie nad rzeką lub przylot drona nad obozowisko. Gdy dotarliśmy na miejsce, rozpaliliśmy ogień (nie było sensu uważać na dym, bo i tak wrogowie wiedzieli, gdzie jesteśmy z sprawą wspomnianego już drona), nazbieraliśmy drewna na zapas i ułożyliśmy śpiwory wokół ogniska. Na szczęście przywieźli nam zupę, więc nie kładliśmy się spać z pustymi brzuchami. Też położyliśmy się dość wcześnie, bo jak już wspominałem, musieliśmy wstać o trzeciej.
6.06.2015
Gdy się obudziliśmy, było jeszcze ciemno. Szybko ubraliśmy się i pospieszyliśmy na miejsce akcji. Po lądowaniu wróciliśmy do obozu, gdzie dopakowaliśmy nasze rzeczy i zjedliśmy po jabłku. Na szczęście nie musieliśmy dźwigać wszystkiego, bo p. Szynkarczuk wziął część naszych rzeczy do samochodu. W końcu wyruszyliśmy w drogę powrotną do miejsca pierwszego obozowiska. Powrót był przyjemniejszy niż droga do łąk, bo nie nieśliśmy takiego ciężaru i części trasy nie musieliśmy iść szykiem ubezpieczonym (z grubsza: idziemy w dwóch szeregach, oddaleni o 3-10 metrów od siebie, i każdy patroluje teren w przód-bok od siebie). W dodatku nieoceniony p. Jacek Sz. jeździł samochodem, dowożąc nam wodę i zabierając co bardziej zmęczonych. Po dotarciu w pobliże Ostrowa, odpoczęliśmy i zaczęlśmy wracać do domów. Tym razem w drodze zdarzyła się mała przygoda: gdy zajechaliśmy zatankować (moja grupa jechała z p. Szynkarczukiem), okazało się że wentyl nie trzyma powietrza. Nie dalibyśmy rady dojechać do Lublina, bo zupełnie stracilibyśmy ciśnienie w oponie. W przypływie desperacji (smarowanie wentyla mydłem nie pomogło), właściciel auta pojechał do wulkanizatora, gdzie okazało się, że to drobna usterka i została usunięta na poczekaniu. Ruszyliśmy dalej. Do Lublina dotarliśmy w porze obiadowej. Wszyscy byli zadowoleni z wyjazdu, choć zmęczeni. Czekamy na następne takie zgrupowanie. Czołem Ojczyźnie!

W tym serwisie wykorzystywane są pliki cookies. Stosujemy je w celach zapamiętywania ustawień i zbierania anonimowych danych dla celów statystycznych. Użytkownik ma możliwość samodzielnej zmiany ustawień dotyczących cookies w swojej przeglądarce internetowej.